Coraz częściej samochody mają dziś „animowane” kierunkowskazy, z linią zapalających się po kolei diod. Zdecydowana większość ma jednak tradycyjne rozwiązania, oparte z reguły na żarówkach, czasem na LED. I nadal zdarzają się kierowcy, którzy… w ogóle z tego doskonałego wynalazku nie korzystają.

Kierunkowskazy w formie, jaką znamy dziś, są stosowane od dziesięcioleci. Ale nieco wcześniej sprawa wyglądała… różnie. Część producentów wręcz była zdania, że nie ma potrzeby pokazywania innym kierowcom zmiany kierunku jazdy.

Kierunkowskaz to, wg definicji Słownika Języka Polskiego, urządzenie w pojazdach mechanicznych sygnalizujące zamiar zmiany kierunku ruchu. Dodajmy, że najczęściej w formie migającego, pomarańczowego światła (nie dotyczy aut z USA). Do lat 50. stosowano w Europie mechaniczne kierunkowskazy ramieniowe, ich działanie polegało na wysunięciu z boku nadwozia „chorągiewki”.

Co ciekawe, błyskające światła do wskazywania planowanej zmiany kierunku jazdy pojawiły się już w latach 40. w USA. Amerykanie uznali, że czerwony kolor jest lepiej widoczny niż pomarańczowy. Podobno przeprowadzili nawet badania na ten temat (czemu nas to nie dziwi?).

Czerwone kierunkowskazy były legalne w Niemczech do 1969 roku, jednak z zastrzeżeniem, że powinny one być oddzielone od świateł stopu. Choć stosowane od wielu lat, kierunkowskazy w formie pulsujących świateł wciąż budziły sprzeczne odczucia. Dziennikarz Carl Hertweck uważał je za zbędne, a nawet niebezpieczne, zwłaszcza w motocyklach.

Kolejnym krokiem było wprowadzenie świateł awaryjnych. Stało się to w 1973 roku. Także na początku lat 70. popularność zyskały kierunkowskazy, których dźwigienka samoczynnie wracała do pozycji wyjściowej po wyprostowaniu kół po skręcie.

Montowane z przodu i z tyłu kierunkowskazy nie były widoczne z boku pojazdu, więc wymyślono boczne kierunkowskazy, a przednie i tylne coraz częściej „zakręcały”, by było je lepiej widać także z boku. Ale to już temat na kolejny wpis.

 

Komentarz do tego artykułu

*Pola obowiązkowe